Sarna to takie kochane zwierzę. Nie czeka go marna i kompletnie niezasłużona reputacja dzika, ponieważ w zasadzie nie pojawia się w miastach. Nikt się jej nie boi tak jak wilka (ten strach też jest irracjonalny, miałem kilka bliskich spotkań z wilkami, jak widać, wszystko ze mną OK), nie budzi obaw tak jak potężny jeleń. Jest w zasadzie pospolita, więc jest niezłym pretekstem dla mało zorientowanych (ujmując to delikatnie), żeby wołać „Wielkie wymieranie? Jakie wielkie wymieranie?”. A jednak, choć też je spotykam dość regularnie, zawsze się z takiego spotkania ogromnie cieszę, zwłaszcza że zwykle trwa krótko – sarna boi się ludzi i szybko biega, więc zazwyczaj bez zwłoki podejmuje decyzję o zniknięciu.
To zdjęcie powstało w tragicznych warunkach świetlnych. Mogę tylko cieszyć się, że mój sprzęt nieźle dał sobie radę przy ISO 6400, w czym oczywiście bardzo pomogło zamocowanie zestawu na statywie. Potem już tylko postprodukcja. Fotografia całkiem wyraźnie pokazuje swoimi kolorami, że zbliża się jesień.