Przejdź do treści



Tym razem zamieszczam bogatszy materiał fotograficzny, ponieważ zdjęcia ułożyły się w pewną opowieść o czapli białej. Rzecz działa się na obrzeżach rezerwatu Stawinoga w sąsiedztwie starorzecza Narwi. Ptak pojawił się przede mną niespodziewanie (nie zauważyłem, skąd) i zaczął w miarę normalną działalność. Ja cały czas lekko starałem się do niego przybliżyć, on niespiesznie się oddalał. Niespiesznie się też pożywiał tym, co znalazł w trawie (drugie zdjęcie). Trwało to kilkanaście minut, a we mnie narastała wdzięczność, że czapla akceptuje tak długie przebywanie w jej towarzystwie. Trzecie zdjęcie to bynajmniej nie ucieczka, tylko sprawne przemieszczenie się do kolejnego miejsca żerowania, kilkanaście metrów dalej.
Kilka słów o miejscu. O ile w lokalizacjach takich jak Białowieża czy nawet Kampinos nie mam wątpliwości, że przyroda póki co dominuje nad człowiekiem, o tyle ten rezerwat na krańcu Puszczy Białej to ewidentnie miejsce, gdzie człowiek usiłuje za wszelką cenę zająć jak najwięcej przestrzeni. Jak dowiedziałem się od napotkanej mieszanki, miały tam miejsce duże wycinki drzew. Starorzecze jest intensywnie eksploatowane przez wędkarzy, część z których niestety pozostawia po sobie odpady. Po wodzie w pewnym momencie przepłynęły 2 duże łodzie motorowe. Mimo to ptaki ciągle tam są. Być może przyzwyczaiły się, a być może ekspansja ludzi nie osiągnęła jeszcze punktu krytycznego.

Spotkanie jelenia, zwłaszcza takiego z konkretnym porożem, zawsze jest wielką przyjemnością. Ponieważ słyszy człowieka z dużej odległości, jest to wyłącznie jego decyzja, czy da się poobserwować czy też uniknie spotkania. Zdjęcie nie oddaje jego wielkości (tak jak w przypadku żubra). Jest muskularny, ale jednocześnie porusza się lekko.
Tego samca spotkałem przypadkiem wracając z wieży strzelniczej (dla niepoznaki nazywanej amboną), która, poza zabijaniem zwierząt, umożliwia też ich obserwację. Spędzone tam 2 godziny były interesujące, bo, choć nic nie udało mi się sensownie sfotografować, to pierwszy raz w życiu widziałem przemykającego przez krzaki wilka, a potem pasącą się z młodym sarnę.
Wracałem niespecjalnie już dbając o to, żeby zachowywać się cicho. Dlatego, gdy zza wąskiej linii drzew dostrzegłem jelenia, byłem mocno zaskoczony. Byłem dość daleko od niego, aparat miałem już schowany. Przysiadłem, wyjąłem sprzęt, plecak zostawiłem w trawie i podszedłem bliżej, starając choć trochę chować się przy drzewach. Oczywiście zobaczył mnie, słyszeć musiał od dawna. Dość długo pozwalał się fotografować, nawet przez chwilę podgryzał trawę (widać jej źdźbło wystające mu z pyska). W końcu bez cienia pośpiechu zaczął się oddalać.
Uważa się dość powszechnie, że sarny i, w nieco mniejszym stopniu, jelenie, to zwierzęta w Polsce dość pospolite. Jednak w kolejnych publikacjach (m.in. tym świetnym wywiadzie o rysiach https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177330,27384074,to-zwierze-wyposazone-w-bardzo-sprawny-aparat-do-zabijania.html ) można przeczytać, że w niektórych lasach zwierząt tych jest coraz mniej. W lesie, który znajduje się blisko mnie, w zasadzie znikły dziki, choć wcześniej było ich sporo. Trudno mi pogodzić się z tym, że ok. 100 tys. ludzi (tylu jest mniej więcej myśliwych) ma hobby polegające na zabijaniu zwierząt, próbując dodawać do niego trudną do udowodnienia ideologię regulowania populacji zwierzyny.

Choć kolorystyka wydaje się mocno czerwona, to zdjęcie powstało nad jedną z mazowieckich rzek wiosną. Długi spacer po okolicach, gdzie zdarzało mi się widywać sarny przekraczające rzekę. Tym razem również sarna przebiegła za moimi plecami, ale nie zdążyłem skierować na nią aparatu. Na szczęście nadrzeczne widoki też były miłe dla oka.

Lato to słaby okres na tropienie zwierząt. Głównym powodem jest to, że liście zwyczajnie zasłaniają zwierzęta, więc trudniej je dostrzec. Na łąkach nie jest wiele lepiej, wysokie trawy całkowicie zasłaniają mniejsze zwierzęta (zające), niemal całkowicie sarny, a nawet jelenie czy żubry widoczne są tylko częściowo – co widać na zdjęciu powyżej.
To oczywiście nie zniechęca, po prostu trochę utrudnia. Tym jednak, co potrafi niemal z lasu wygonić, są owady i upał. W tym roku bardzo dokuczliwe.
Moja tegoroczna działalność idzie równolegle z kolejnymi zakupami. Wyjątkowo – takie mam wrażenie – duża ilość kleszczy skłoniła mnie już wczesną wiosną do zakupu kaloszy. Względne bezpieczeństwo kosztuje sporo wysiłku – po kilkugodzinnym marszu kalosze są tak mokre, że muszę je potem długo suszyć. Na szczęście są bardzo wygodne – ulga, bo bardzo się bałem, że będą obcierać nogi.
Wypad sprzed kilku tygodni, gdy mimo korzystania z repelentów musiałem bardziej niż na szukaniu zwierząt koncentrować się na atakujących mnie komarach i ślepakach, skłonił mnie do zakupu kapelusza z moskitierą. To wspaniały wynalazek, który w zasadzie rozwiązał problem insektów, choć muszę uprzedzić, że zza siateczki widzi się gorzej, a obsługa lornetki i aparatu fotograficznego jest trudniejsza.
Na kolejnym marszu wyjątkowo wcześnie zrobiło się bardzo gorąco. Mój podręczny termometr już o 5.30 rano pokazywał 24 stopnie, a potem temperatura cały czas rosła. Konieczny stał się zakup lekkiej bluzy wyjściowej z długim rękawem. Wbrew pozorom nie jest łatwo znaleźć coś sensownego, mnie internetowe poszukiwania zaprowadziły do sklepu wędkarskiego, gdzie znalazłem lekką bawełnianą bluzę z kieszeniami.
Na jakiś czas – mam nadzieję – jestem dostatecznie zabezpieczony. Wkrótce znowu ruszam do lasu, a niebawem opublikuję kolejne zdjęcia.

Snułem się po tej okolicy godzinami, był ponury grudzień 2020. Zwierzęta głównie słyszałem w krzakach, gdzieś mignął mi biały zad uciekającej sarny. Wracałem do samochodu, myśląc już głównie o ciepłej herbacie z termosu. W takich sytuacjach uwaga zaczyna się skupiać na elementach krajobrazu, próbie wyciągnięcia czegoś w niesprzyjających warunkach. Słońce na moment przebiło się przez chmury, akurat stanąłem na wprost kilku drzew mocno zajętych przez jemiołę.

To kolejny koziołek wśród napotkanych przeze mnie (północny kraniec Puszczy Białowieskiehj). Spotkanie było o tyle wyjątkowe, że trwało bardzo długo, przyglądaliśmy się sobie co najmniej 10 minut. Samiec sarny był oczywiście uważny i nie spuszczał ze mnie wzroku, ale zupełnie nie przejmował się moją obecnością – a zauważył mnie natychmiast, ponieważ szedłem leśną drogą, a on stał niedaleko od niej.
Normą w takich sytuacjach jest decyzja zwierzęcia o szybkim oddaleniu się. Tym razem to ja odszedłem pierwszy,

Pozwalam sobie zamieścić jeszcze jedno zdjęcie zrobione kilka tygodni temu, kiedy kombinacja mgiełki i wczesnoporannego światła zadziałały jak naturalny filtr, zamalowując wszystko na pomarańczowo. Typowy podwarszawski pejzaż stracił na pół godziny cechy kolorystyczne typowe dla środowiska ziemskiego i gdyby nie roślinność, można by uznać, że zdjęcie zostało zrobione na Marsie.

To już drugi raz, kiedy z kolegą znalazłem się na pewnej ścieżce, skąd jest dobry widok na zwierzęta, za to one nie widzą ciebie. Nic, tylko na zmianę przyglądać im się przez lornetkę i robić im zdjęcia. Oczywiście to udaje się tylko wtedy, gdy wiatr wieje od ich strony, a pod nogą nie pęka ci żaden patyk. Zdjęcie zrobione po kalibracji obiektywu, stąd zauważalnie lepsza ostrość.

Są szybkie i robią wrażenie, jakby nigdy się nie męczyły. Ta obserwacja miała miejsce już dawno temu i trwała ok. 2 godzin, podczas których bezustannie coś się działo. Ptaki ganiały siebie nawzajem, wskakiwały do wody, wyrywały sobie jedzenie i bezustannie popisywały się prędkością lotu i niesamowitymi manewrami.

Las rozmiękcza umysł, jest źródłem spokoju. Im jestem starszy, tym bardziej ta banalna prawda do mnie dociera. Las w zasadzie nie jest spektakularny. Jego urok tkwi w pewnej monotonii (pozornej oczywiście, wystarczy dokładniej się przyjrzeć). Pewnie trudno to wyjaśnić komuś, kto ma takie widoki za oknem. Ja do lasu muszę dojechać, do Puszczy Białowieskiej (na zdjęciu – luty 2021) mam 240 km, które co 2-3 miesiące niecierpliwie pokonuję samochodem, aby jeszcze w piątkowy, przedweekendowy wieczór ruszyć do lasu. Nie przesadzę ani trochę stwierdzając, że zawsze spotyka mnie coś miłego – dla oka, dla myśli.