Przejdź do treści

Bardzo miło wspominam tamten ciemny poranek. Szedłem przez nadbiebrzański las, rozglądając się głównie na boki. Dość szybko wypatrzyłem tę łoszę (spotkanie z samcem do dziś mi się nie przydarzyło). Klasyczny przykład łosiowego gapiszoństwa – czyli pani niespecjalnie się mną przejmowała, ale nie spuszczała ze mnie wzroku. Zdjęcie w ciemnych warunkach wyszło dzięki temu, że było zrobione ze statywu i o ile dobrze pamiętam, to od tamtej pory niemal zawsze stosuję tę technikę. Co prawda aparat na statywie nosi się mniej wygodnie niż sam aparat, ale efekty są lepsze.

Muszę przyznać się do tego, że znam w Puszczy Białowieskiej takie miejsca, gdzie łanie (po łacinie cerva) spotykam niemal zawsze, gdy tam jestem. Oczywiście mówię tu o bardzo wczesnych porach – w sierpniu ok. godziny 5-ej rano.
Tę panią zobaczyłem w innym miejscu. W okolicach Teremisek znajduje się skrzyżowanie 2 leśnych dróg, które często odwiedzam z uwagi na dość intensywne pojawianie się tam dzikich zwierząt. W sierpniu spędziłem tam poranek najpierw w towarzystwie młodego naukowca z Instytutu Badań Ssaków w Białowieży (pozdrawiam T.D.), 2 tygodnie później siedziałem tam wcześnie rano ponownie w towarzystwie świetnego wideo-bloggera (odwiedźcie koniecznie kanał na YT „Otoczeni Wielkim Lasem”, tu link ). W obu przypadkach wypad do lasu polegał na tym samym, spotykaliśmy się jeszcze po ciemku, dochodziliśmy do skrzyżowania po czym siadaliśmy tam naprzeciw siebie, aby mieć połączony widok we wszystkie strony. W całkowitym milczeniu i niemal całkowitym bezruchu spędzaliśmy ok. 2 godzin. W takich okolicznościach powstało zdjęcie łani (jak widać, przecina drogę leśną), ale w tym czasie pojawił się też żubr, samiec jelenia, lis oraz wilk, niestety zawsze nieco za daleko, aby powstało ładne zdjęcie.

Po raz któryś z kolei wybieram się przed świtem na łąki wokół Białowieży, żeby przekonać się, że znowu wyglądają zupełnie inaczej niż poprzednio. Inaczej świeci Słońce, inaczej płynie mgła, trawa jest skoszona lub nie. Czuję się szczodrze wynagrodzony za to, że musiałem bardzo wcześnie wstać.

Powyższe zdjęcie wykonałem dzięki temu, że swoją przewodnicką pomoc zaoferował mi Tom, doktorant biologii i człowiek dysponujący ogromną wiedzą o lesie, a przede wszystkim znający szczegółowo Puszczę Białowieską, po której chodzi od wielu lat. Podczas kilkugodzinnego marszu zaprowadził mnie w miejsca, na odwiedzenie których sam bym się nie zdecydował.
Ten jelonek (albo samiczka, nie jestem pewien) wychylił się z wysokiej trawy na jednej z łąk, na której zrobiliśmy zasiadkę. Było słoneczne, późne popołudnie, a on spokojnie się pasł. Sądząc po dźwiękach słyszanych w okolicy (szumach, szelestach, trzaskach gałęzi) w promieniu 200-300 m kręciło się sporo zwierząt. Ten słodziak był jednym z tych, które dały się sfotografować.
To jedno z pierwszych zdjęć, jakie wykonałem bezlusterkowcem Nikona. Wśród zalet w porównaniu z lustrzanką, którą miałem wcześniej, trzeba wspomnieć m.in. o znacznie mniej zaszumionym obrazie (zwłaszcza w przy ciemniejszym oświetleniu) i bezgłośnej pracy aparatu, dzięki czemu zwierzę może być obserwowane i fotografowane znacznie dłużej.

Czasem siedzisz wieczorem przy swoim wyprawowym samochodzie, w którym zamierzasz spędzić noc w augustowskim lasie. Uświadamiasz, że coś się powoli przemieszcza się po ziemi. Wypatrzenie stwora (no, stworka raczej) zajmuje dłuższą chwilę, bo jego kolorystyka naprawdę dobrze maskuje go na tle podeschniętej trawy.
Tę ropuchę szarą zacząłem fotografować w trakcie jej powolnego marszu wokół mojego obozowiska. W końcu ustawiła się frontem do mnie i dłuższą chwilę patrzyła prosto w obiektyw. Kompletnie się nie bała, prawdę mówiąc próbowałem ją jakoś odgonić, żeby później przypadkiem na nią nie nadepnąć. Nie zwracając uwagi na gwałtowne ruchy, jakie wykonywałem, odeszła w swoim niespiesznym tempie

Zdjęcie zrobione na otwartej nadbużańskiej łące, więc trudno mi było podejść bliżej. Do pewnego momentu ptaki mnie tolerowały, w końcu jednak podjęły decyzję o oddaleniu się ode mnie.

Muszę przyznać, że to zdjęcie sprawiło mi kłopoty na każdym etapie tworzenia. Pomysł na rozmyty długim czasem naświetlania strumień był oczywisty, tyle że nie miałem ze sobą statywu, więc musiałem poszukać naturalnej podpory stabilizującej aparat. Po otwarciu pliku w programie do postprodukcji długo zastanawiałem się, jak ważny jest dla mnie ten głaz. Ostateczne kadrowanie (tu stawiam czoła purystom głoszącym, że to się ustawia na etapie robienia zdjęcia – tak, przycinam zdjęcie w komputerze) miało doprowadzić do tego, żeby ani nie przytłaczał ani nie został zmarginalizowany. Potem jeszcze długie eksperymentowanie z innymi parametrami (bardzo dziękuję tu za pomoc w postaci krytycznych uwag). Reszta elementów ułożyła się dość naturalnie.
Nie miałem zbyt spektakularnego światła, przez co zdjęcie jednak jest łagodne i nastrojowe.

Spędziłem ostatnio kilka dni w Puszczy Augustowskiej, która miejscami cieszy się zasłużoną opinią lasu naprawdę zdziczałego. Gdyby nie samochody wożące kajaki i kajakowiczów na Czarną Hańczę, byłoby prawie idealnie – czyli cicho i pusto. Po 2 dniach wędrowania po lesie zmieniłem lokalizację i spędziłem 2 dni na południe od Augustowa i bliżej Biebrzy. Lasów jest tam niewiele, za to zwierząt zaskakująco dużo. Jak widać na powyższym zdjęciu, klępa i sarna nie zwracają uwagi na siebie, ja też nie byłem dla nich specjalnie interesujący. Z wyjazdu przywiozłem całkiem bogaty materiał zdjęciowy, choć przyznaję, że większość zwierząt fotografowałem z dość dużej odległości, więc zdjęcia mają głównie charakter dokumentacyjny. Udało mi się jeszcze zdążyć przed okresem aktywności gryzących much – ślepaków.

Lokalizacja tego miejsca jest bardzo zwyczajna, fragment położonego w lesie osiedla pod Warszawą. Na drzewie od dawna wieszam smakołyki dla ptaków i czasem obserwuję, co się dzieje. A dzieje się sporo. Tym razem udało mi się sfotografować, jak inteligentnie potrafi działać dzięcioł duży, aby dobrać się do podwieszonej kulki z ziaren i tłuszczu. Najpierw mocny chwyt lewą nogą, potem rozkrok i chwycenie siateczki prawą nogą, aby przyciągnąć i pewnie ustawić sobie jedzenie w zasięgu dzioba.

Dojście do miejsca, gdzie udało mi się zrobić to zdjęcie, było jak marsz akrobaty. Ropuch było tak dużo, że co jakiś czas musiałem w ostatniej chwili cofać krok, żeby którejś nie zrobić krzywdy. A one w zasadzie współpracowały, bo moja obecność (i potencjalne zagrożenie) motywowały je, żeby zacząć się ruszać, przez co stawały się lepiej widoczne. Nie wiem jednak jak taka taktyka się sprawdza w przypadku naturalnych wrogów ropuch, którzy chcieliby je zjeść. Zakładam, że ropucha bez trudu odróżnia człowieka od sowy i gdy pojawia się ta druga, broni się inaczej niż przede mną.
Marsz doprowadził mnie do płytkiego, za to szeroko rozlanego dopływu połączonego z niewielkim jeziorem. Słyszalna z daleka orkiestra ropuszych odgłosów godowych nie cichła, gdy się ostrożnie zbliżałem. Wreszcie wypatrzyłem tę parę i obserwującego ich „tego trzeciego” albo „tę trzecią”.