Przejdź do treści

Fotografowanie dzikich zwierząt nie było moim pierwszorzędnym celem wyjazdu do Skandynawii, nastawiałem się raczej na pejzaże. W pewnym momencie z rozbawieniem zacząłem reagować na znaki drogowe ostrzegające przed łosiami. „Obiecanki cacanki” – myślałem mijając kolejne i faktycznie nie spotkałem podczas wyjazdu ani jednego łosia (przez drogę raz przebiegła łania z młodym i chudy zając). Natomiast owiec było całkiem sporo i ładnie współtworzyły krajobraz – tu na wyspie Golta.

Za nami epicka, dwutygodniowa wyprawa do Szwecji i Norwegii. Długo by snuć refleksje… Powyższe zdjęcie pochodzi znad jeziora Setten, już w Norwegii, tuż za granicą ze Szwecją. Granicę przekroczyliśmy leśną drogą i tylko dzięki tabliczce przy drodze wiedzieliśmy, że znaleźliśmy się w Norwegii. Kraju surowym, co – jak uważam – powyższe zdjęcie dobrze obrazuje. Nad jeziorem znajdował się nasz camping, warunki w porównaniu ze Szwecją były raczej spartańskie. Kilkadziesiąt kilometrów dalej zaczęły się drogi, które przez kolejne dni próbowały nas zabić – ostre zakręty (dozwolona prędkość – 80 km/h, bezpieczna – 20 km/h), niezapowiedziane zwężenia, na których, jeśli ktoś jechał z naprzeciwka, trzeba było wrzucić wsteczny bieg, żeby przepuścić, strome zjazdy i podjazdy, drogi poprowadzone na granicy przepaści. Prócz tego tunele (nawet 12-kilometrowe), których Norwegowie wykuli 1500 km.
Wszystko to nic… bo te widoki! I wszędzie woda – fiordy i jeziora,

Pod koniec czerwca miałem wielką przyjemność brać udział w plenerze Szlifierni Fotograficznych Talentów. Warunki sprzyjały, było łagodne światło wieczornego zachodu słońca, wystarczyło troszkę doświetlić. Jako pierwsze pokazuję portrety Aleksandry Kopacz. Współpraca z nią była niezwykle inspirująca i – mam nadzieję – widać to po efektach sesji portretowej.

Dialogi – nie całkiem na serio z ajvarem na łyżce, bardzo poważny z samą sobą, beztroski z księgami, życzliwy z bakłażanami, refleksyjny z wodą i radosny z wiatrem. Sesja przy sztucznym oświetleniu, postprodukcja w różnych stylach i jak zwykle czyste zdumienie, jak różnie może objawić się twarz osoby fotografowanej.

Teoretycznie wieczorem światło powinno być równie dobre jak rano, ale z różnych powodów nie jest. Pewne rzeczy da się zobaczyć wyłącznie wcześnie rano, co oznacza, że trzeba się trochę poświęcić. Zazwyczaj będąc w Białowieży śpię w swoim vanie. Nie to, że niewygodnie, ale jednak są to warunki polowe – pobudka jest nieco łatwiejsza. Tym razem mieszkałem w wyjątkowo wygodnym pokoju, więc teoretycznie poświęcenie związane z wytoczeniem się z łóżka było nieco większe. A może odwrotnie? To zdjęcie powstało ok. 4.30 rano, o 8-ej byłem z powrotem w pokoju, szybki prysznic i już mogłem odsypiać wczesną pobudkę.
W każdym razie tego trzeba się nauczyć – choć wczesne wstanie dla mnie jest torturą, to wiem, że czeka na mnie epicka nagroda w postaci widoków, których nie da się zobaczyć bez pobudki przed świtem (a czasem w środku nocy). Pijąc kawę o 3-ej nad ranem próbuję odzyskać przytomność i już myślę o tym, co być może uda się zobaczyć i utrwalić na fotografii.

Często nie musimy daleko podróżować, żeby zrobić fajne zdjęcie. Powyższa sójka wygłupiała się kilkanaście metrów od mojego domu, nie była płochliwa i dała się podejść na całkiem bliską odległość.

Będąc w Białowieży zawsze wcześnie rano wypuszczam się na łąki na północ od wsi. W tzw. biały dzień miejsce wydaje się kompletnie nieciekawe. Jednak rano łatwo tam spotkać zwierzęta – sarny, jelenie, łosie i wilki. Łatwo – oczywiście nie znaczy zawsze. Ale mam to szczęście, że jeśli nie spotkam zwierzęcia, to trafiam na cudowne warunki do robienia zdjęć pejzażowych. Nietypowe światło, poranne mgły – tam są dość częste.

Wieczór na łące w Puszczy Białowieskiej, dzieje się coś bezustannie. Komary nie dają o sobie zapomnieć, w krzakach słychać kroki przechodzących zwierząt. W koronach drzew również ruch. Niestety, zarówno o poranku jak i wieczorem słychać też nasilony ruch wojskowych ciężarówek.

Rzadko zdarza mi się zrobić zdjęcie zabawne, a już w ogóle nie wyobrażałem sobie, że to żubr wyjdzie zabawnie na zdjęciu. A jednak nie wyprę myśli, że ten osobnik usiłuje sobie tylnym kopytem podłubać w nosie, a przynajmniej się podrapać. Jak widać, utrzymanie równowagi sprawia mu problem (chyba sobie pomaga ogonem), wygląda w tej pozie całkiem lekko i zwinnie, wokół zaś lata sporo owadów.

Będąc z aparatem na kładce na nadbiebrzańskim Bagnie Ławki słyszałem seryjny, bzyczący dźwięk. Wydawało mi się, że dobiega z poziomu traw, więc przypisywałem go jakiemuś owadowi. W końcu zorientowałem się, że to ptak – kszyk właśnie, a to bzyczenie to efekt wibracji końcówek jego skrzydeł podczas gwałtownego opadania. Na szczęście wylądował w miejscu, gdzie nie zasłoniły go trawy.